Nie można myśleć o swoich ograniczeniach. Wywiad z Grzegorzem Jakubowskim z Capgemini

Grzegorz Jakubowski - zdjęcieJak długo pracujesz w firmie?

W Capgemini pracuję bardzo długo, bo już ponad szesnaście lat, więc jestem jedną z najdłużej pracujących tu osób. Dobrze mi się tutaj pracuje i cały czas mnie coś do tej pracy motywuje. Być może dlatego nie mam potrzeby zmiany. Na przestrzeni lat przechodziłem przez wiele stanowisk. Na przykład w ubiegłych latach prowadziłem grupę osiemnastu osób. Miałem dwa zespoły, w tym jeden zajmował się audytem wewnętrznym dla klienta, któremu świadczymy serwis, a drugi zajmował się odzyskiwaniem pieniędzy nadpłaconych. Jedna grupa pracowała rano, ponieważ audytowała to, co się zdarzyło dzień wcześniej, a druga grupa pracowała do 22, by móc się skontaktować z klientem na drugiej półkuli. W pewnym momencie, kiedy poczułem taką potrzebę, podjąłem decyzję o zmianie stanowiska. Chciałem jednak pozostać w Capgemini, ponieważ tutaj czułem się bezpieczny, a każda zmiana na zewnątrz wiązałaby się na pewno z większym stresem, którego chciałem uniknąć. Obecnie nikim nie zarządzam, nie muszę się martwić o to, jak ludzie funkcjonują pod moimi skrzydłami. Dbam przede wszystkim o własną pracę. To bardzo wiele zmieniło w moim życiu.

Pamiętasz jak dostałeś się do Capgemini?

Studiowałem księgowość, a firma Capgemini zajmowała się wtedy między innymi księgowaniem faktur i rozliczaniem kont. Do końca nie wiedziałem, z czym się to wiąże, ale wysłałem CV i dostałem pracę. Na przestrzeni lat firma przechodziła różnorakie zmiany, a ja przechodziłem ewolucję wraz z nią.

Pamiętasz może jak wyglądała rozmowa o pracę?

Kiedy miałem pierwszą rozmowę rekrutacyjną, nie byłem jeszcze osobą niepełnosprawną, więc była to standardowa procedura. Proces rekrutacyjny miał wiele etapów, począwszy od testów księgowych, obliczeniowych, językowych, przez rozmowę z przedstawicielką HR, po rozmowę z moją pierwszą przełożoną. W tych pierwszych latach, kiedy miałem dwa pierwsze rzuty choroby, nie były one widoczne dla ludzi z zewnątrz, dlatego też proces rekrutacyjny nie odbiegał od normalności.

W jaki sposób ludzie dowiedzieli się o twojej chorobie?

Momentem, który sprawił, że otworzyłem się na ludzi, była sytuacja, kiedy wysłałem maila z prośbą o 1% i wiedziałem, że tę wiadomość zobaczy prawie cała firma. Przygotowywałem wiadomość bardzo długo. Ważyłem każde słowo, patrzyłem na każdą osobę załączaną do listy mailingowej. Przed wysłaniem maila czułem ogromny ciężar, a wysłanie spowodowało, że ten ciężar całkowicie ze mnie spadł. Była oczywiście ogromna obawa o to, co będzie dalej, ale pierwszy etap był już za mną. Od tamtej pory wysyłam maile z prośbą o 1% regularnie. Nie ukrywam, że zawsze przed wysłaniem wiadomości jest mi ciężko, ale z pewnością dużo lżej, niż za pierwszym razem. Tamta sytuacja pozwoliła mi całkowicie pokazać swoją prawdziwą twarz, która nie kryje się za fasadą. Otwarcie mówię, że choruję na SM i czasem mam różne problemy związane z chorobą. Jest to też dla mnie proces rehabilitacyjny, pomagający wracać do zdrowia.

Przed tym okresem miałem również problemy z chodzeniem, które ustępowały na skutek tygodniowej kuracji w szpitalu. Kolejne rzuty były już intensywniejsze i nie można było stosować zbyt dużej dawki sterydów, żeby nie zniszczyć innych organów. Wtedy, w tych pierwszych latach swojej pracy, odczuwałem ogromną pomoc ze strony przełożonych i działu HR. Być może wynikało to z faktu, że byłem człowiekiem bardzo młodym, w pewnym stopniu zdruzgotanym przez chorobę i zdarzały się okresy, kiedy przez pewien czas nie widziałem, nie mogłem ruszać prawą ręką i miałem trudności z chodzeniem. Byłem wtedy praworęczny, więc nie mogłem wykonać żadnej czynności w pracy. Zacząłem się uczyć pisać lewą ręką, ale nie dawało to początkowo satysfakcjonujących efektów. Nie przychodziłem do pracy, więc co jakiś czas dzwoniono do mnie, żebym pojawił się chociaż na kilka godzin. Może nie będę nic robić, ale poprzyglądam się, jak inni pracują i to było chyba najlepszym zachowaniem firmy względem pracownika. Początkowo było to dla mnie dość ciężkie, jednak pozytywnie wpłynęło na psychikę i wiele na tym skorzystałem. Musiałem się przełamać, aby przyjść i tylko patrzeć. Wbrew pozorom bardzo przyspieszyło to jednak proces mojej rehabilitacji. Przychodziłem do pracy na kilka godzin w tygodniu, więc w perspektywie całego miesiąca było to niezauważalne, ale dla mnie to było dużo. Mogłem spotkać się z innymi ludźmi, wypić z nimi kawę i zamienić parę słów. Dzięki temu nie czułem się odrzucony. Cieszę się, że wtedy moja aktualna przełożona pomyślała o mnie. Kiedy później zdarzały się dłuższe nieobecności, dzięki panującemu systemowi nigdy nie obawiałem się, że nie mam dokąd wracać. Zawsze przełożeni byli dla mnie przychylni.

Czy w firmie można odczuć wsparcie ze strony pracowników?

Niekiedy odnoszę wrażenie, że żyję w idealnym świecie. Mam znajomych z różnych części Polski, a także spoza naszego kraju, którzy są chorzy i mają przeróżne doświadczenia. Niejednokrotnie niezbyt miłe. Jednak mogę powiedzieć, że mam świetny kontakt z ludźmi i duże wsparcie. Od chwili, kiedy pojawiły się zauważalne objawy choroby, w tym problemy z poruszaniem się, czułem bardzo duże wsparcie osób ze mną pracujących, zarówno kiedyś, jak i teraz. Na przykład kiedy wracam z kuchni, wiele osób, które ze mną pracuje, proponuje mi pomoc w niesieniu kawy ze względu na mój chwiejny chód. Niestety kilka razy mi się zdarzyło, że wywróciłem się niosąc kubek. Nie pomagają mi, ponieważ boją się, że coś ubrudzę, ale dlatego, żeby mi pomóc. To są takie podstawowe czynności, o które dzięki nim nie muszę się martwić. Nie czuję się dzięki temu na uboczu. Miewam czasem gorszy stan, dzisiaj drżą mi ręce, albo czuję się słabiej, to też nie mam oporów, aby kogoś poprosić o pomoc. Zazwyczaj reakcje ludzi są bardzo pozytywne, ale niektóre są też bardzo śmieszne. Zdarzy się, że gdzieś się przewrócę, nic mi nie jest, ale koleżanka reaguje bardzo opiekuńczo. Wydaje polecenia innym, żeby mi pomogli. Jest to bardzo komiczne, ale jest to też bardzo miłe. Miałem też kiedyś sytuację, kiedy prawa ręka była niesprawna. Przełożona zaproponowała więc zakup klawiatury numerycznej pod prawą rękę. Nie wiedziałem wtedy, że takie są. Dostałem nadstawkę, która była nieco niżej, w bardziej dostępnym miejscu dla mojej dłoni. Sprawną ręką mogłem pisać na klawiaturze, a drugą ręką wciskałem cyferki. To był kolejny krok ze strony pracodawcy w moją stronę. Dla nich to nie był wielki koszt, a ja poczułem się doceniony, że moja praca i obecność jest dla nich ważna. Wiele zmieniło to w moim podejściu. Poczułem się bezpieczny i potrzebny.

W późniejszym czasie awansowałem na stanowisko, gdzie zarządzałem ludźmi. To też był kolejny kamyczek do mojego ogródka. Musiałem przeskoczyć ze świata, w którym wykonuję pracę, do świata, w którym poza wykonywaniem pracy dochodzi również odpowiedzialność za inne osoby. Ta sytuacja postawiła mnie w charakterze przełożonego innych ludzi. Miałem poczucie, że muszę i chcę być bardziej odpowiedzialny. Oczywiście początkowo zapytano mnie, czy dam sobie radę, powiedziałem, że tak. Dzięki tej propozycji każdego ranka miałem dodatkową motywację, bo wiedziałem, że nie robię tego tylko dla siebie, ale też dla innych ludzi. Może są to wielkie słowa i nie chcę, żeby one wybrzmiały nienaturalnie, ale poczułem się bardzo doceniony, a to też wpływa na stan psychiczny człowieka. Pracodawcy nie musieli mnie motywować tym, że dzięki awansowi będę mieć większe pieniądze i wyższe stanowisko. Czułem się doceniony, ponieważ wcześniej miałem poczucie ograniczenia przez chorobę i nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę kierować własnym zespołem. Koniec końców odkryłem również, że jestem stworzony do zarządzania ludźmi, bo ludzie mnie rozumieją, ja rozumiem ludzi, a choroba pogłębiła mój stosunek do drugiego człowieka. Na bardzo wiele pozwalałem ludziom, mając świadomość, że dając im dużą swobodę działania, otrzymam znacznie lepsze efekty ich pracy. Oni się nie czuli kontrolowani i rozliczani na każdym kroku, natomiast praca, jaką oddawali, zawsze była wykonana w najwyższej jakości. Wiadomo, każdy ma lepsze i gorsze dni. Kiedy ktoś ma gorsze dni, nie patrzy się na jego wydajność, porównując ją z wydajnością uzyskaną w czasie lepszych dni, dlatego, jeśli się tylko dało, to nie rozliczałem ich z poszczególnych dni, ale brałem pod uwagę szerszą perspektywę. Jednak zawsze oczekiwałem od nich otwartości i to otrzymywałem. Za to im chcę naprawdę podziękować!

Gdybyś teraz zamierzał zmienić pracę, czy ujawniłbyś niepełnosprawność w CV?

Tak, na sto procent. Parę razy planowałem zmienić pracę. To było w początkowych fazach mojej choroby. Zawsze w pierwszej fazie procesu rekrutacyjnego informowałem, że jestem chory i czasem są okresy, kiedy długo mnie nie ma w pracy, mam dni, kiedy jest mi ciężko przyjść do pracy, w takich sytuacjach biorę zwolnienie lub proszę o pracę zdalną. Kilka razy powiedziano mi, że o takich rzeczach się nie mówi podczas procesu rekrutacyjnego, powinienem zachować to dla siebie. Taka informacja zakończyła mój proces rekrutacyjny w danej firmie ponieważ wiedziałem, że nie jest to miejsce dla mnie. Miałem też jedną rekrutację, podczas której na samym początku powiedziałem, że jestem chory, więc jeżeli państwu to nie przeszkadza, możemy przejść dalej. Nie był to dla nich kłopot, jednak nie dostałem się na stanowisko, ponieważ moje kompetencje były za niskie.

W Capgemini pracuje dużo osób z różnymi niepełnosprawnościami?

Mając wyczulone oko widzę, że całkiem sporo. Jednak nie wiem, jak wiele osób chce się ujawnić. Kojarzę sporo ludzi słabowidzących, znam pracowników z niepełnosprawnością rąk, bądź też o bardzo niskim wzroście. Na pewno jest ich więcej, ale nie stanowimy żadnego osobnego community. Często jednak ludzie boją się otworzyć, nie zdają sobie sprawy, że może im to bardzo pomóc. W firmie znam kilka osób, które nie chcą ujawniać, że są chore. Bardzo to szanuję i nie neguję takiego podejścia. Sam zdecydowanie doceniam własną decyzję, że się odważyłem i widzę, jak wiele mi dała. Wiem, że zyskałem znacznie więcej, niż gdybym zachował to dla siebie. Myślę, że jestem w tym miejscu głównie dlatego, że się odważyłem i powiedziałem ludziom, jak wygląda moja sytuacja. Odważyłem się, jestem otwarty, nie mam z tym problemów, a moi przełożeni nie traktują mnie ulgowo. W momencie, kiedy się przyznałem, oni również wyłożyli karty na stół i jasno określili czego ode mnie oczekują. W pracy powinno się spełniać wymagania, natomiast jeśli ma się szczególną sytuację zdrowotną, to powinno się też do niej prawidłowo odnosić, czyli jeśli jestem chory, to dzwonię do przełożonej, informuję że nie jestem w stanie przyjść do pracy i potrzebuję pracy z domu. Dawniej nie przyznałbym się do swoich słabości. Siedziałbym ze spuszczoną głową, nie będąc w stanie wykonać swojej pracy, ponieważ drżała mi ręka, albo miałem problemy z mową. Natomiast tutaj mam o tyle łatwiejszą sytuację, że nie boję się poprosić o pomoc. Często też ludzie dowiadując się o chorobie, sprawdzają z czym się ona wiąże, dopytują mnie o nią, albo polecają sposoby leczenia, co też jest fajne. Bardzo to doceniam. Oni mają świadomość, że sam o tej chorobie wiem dużo, ale mimo to wychodzą z inicjatywą.

Czy choroba wpłynęła u Ciebie na konieczność wyrobienie sobie odporności względem mniej przychylnych ludzi?

Jak najbardziej. Jednak, jeżeli mam nieprzyjemne sytuacje, staram się stronić od kontaktu z ludźmi, odciąć się od niepochlebnych komentarzy. Twardą skórę na pewno trzeba sobie wyrobić, chociażby przez wzgląd na fakt, że mam nieraz gorsze okresy, kiedy na przykład często się przewracam. Jednego dnia tankując samochód przewróciłem się między dystrybutorem a samochodem, leżałem w kałuży wody. Nikt do mnie nie wyszedł. Ludzie tankowali, odjeżdżali, a stacja benzynowa posiadała monitoring. Pracownicy doskonale widzieli, że coś jest nie tak. Dziś mam do siebie pretensje, że nikogo nie zapytałem, dlaczego tak się zachowali. Być może ludzie też się boją podejść. Niemniej jednak staram się widzieć głównie pozytywy i poza różnymi przykrymi sytuacjami, spotykam się często z pomocą w kościele albo w kolejce w sklepie. Ludzie łapią mnie za rękę lub popychają delikatnie do przodu, kiedy widzą, że lecę do tyłu. I chociaż sam dla siebie staram się być silny, to jednak często korzystam z pomocy innych. Należy jednak pamiętać, że można pomagać, ale w pewnych granicach. Wiele osób traktuje mnie prawie jak rodzina. Chcą mi pomóc, robiąc wszystko za mnie. To mi się nie podoba. W domu zajmuję się wszystkim poza czynnościami, których nie jestem w stanie zrobić. Jestem samodzielny do momentu, do którego życie mi na to pozwala, a sam proszę o pomoc w tych czynnościach, na które nie mogę sobie pozwolić. Każdy powinien sam zdecydować gdzie ma swoje granice. Mając nadzieję, że chora osoba zareaguje w odpowiednim momencie, należy takiej osobie zlecać wszystko do momentu, kiedy powie, że nie jest w stanie już więcej wykonać.

Czy firma korzystnie rozwija się w kierunku osób niepełnosprawnych?

Dzięki temu, że poznałem Karolinę Długosz, koordynatora CSR, wiele się nauczyłem. Karolina dużo zmieniła w tej firmie. W zasadzie wszystko. Dzięki niej poznałem innych niepełnosprawnych ludzi. Mając taką osobę tuż obok, masz poczucie, że możesz się do niej zwrócić ze wszystkim. Przez nią przemawia hasło „Zawsze możesz do mnie przyjść”. Jest też twórcą programu rekrutacyjnego, do którego dołożyła swoją dawkę wiedzy na temat rekrutacji osób niepełnosprawnych, w jaki sposób do nich podchodzić i wiele innych innowacji, które dzięki niej zostały wprowadzone.

Czy w firmie są systemy, które mogłyby działać lepiej?

Jest wiele rzeczy do zmiany i Karolina jest tego świadoma. Niektóre rzeczy są na tyle karkołomne, że ciężko je zrealizować. Z mojej perspektywy problemem są progi przy wejściu. Dla przeciętnego człowieka taki próg jest niezauważalny, a dla mnie często wiąże się to z upadkami. Innym elementem jest wykładzina, która nie jest naturalnym podłożem. Należy jednak zachować pewien balans. Wiele rzeczy da się zmienić, ale należy mieć też świadomość, że większa część społeczeństwa tak nie funkcjonuje. Wiele zmienia się na wniosek niektórych osób. Jeżeli ktoś jest niski i nie dosięga do dystrybutorów, Karolina prosi o montaż takich elementów niżej. Według mnie o wiele większymi trudnościami są przeszkody natury psychicznej. Często pojawiają się kwestie przekazania pracodawcy wiedzy na temat pracowników, którzy borykają się z tego rodzaju schorzeniami, bo niestety nie mamy do siebie zaufania i boimy się reakcji drugiej strony. Wydaje mi się, że to są znacznie trudniejsze sprawy. Ludzie często wypalają się, tracą motywację do pracy, a co gorsza tracą sens życia. Należy dać wiele wsparcia osobom, które boją się ujawnić, a mają naprawdę duże problemy. Myślę, że tutaj jest jeszcze wiele do przepracowania, zarówno przez firmę, jak i każdego i każdą z nas. Temat jest otwarty i trzeba działać, nawet, gdyby się miało okazać, że nasze działania są niewystarczające.

Jakie rady mógłbyś dać osobom starającym się o pracę?

Pierwszą radę, jaką dałbym każdemu, to taką, aby przygotować dobre CV, przygotować się na rozmowę, podkreślając głównie swoje kompetencje, aby wiadomo było czego od takiej osoby oczekiwać. Nie można myśleć o swoich ograniczeniach, bo może dla osoby przeprowadzającej rozmowę całkowicie nie będzie to ważne. Wspomniałbym o tym, że jestem osobą niepełnosprawną i chcę korzystać z wszystkich praw, jakie z tego tytułu mi przysługują. Może nie rozwijałbym tematu na czym polegają prawa osoby niepełnosprawnej, bo póki co rekrutujące osoby (pomijając rekrutację Capgemini) nie są jeszcze gotowe na to, aby nie traktować tego rodzaju wypowiedzi jako postawy roszczeniowej, tylko jako zwykłą informację. Nie wiem, na którym etapie rozmowy warto wspomnieć o niepełnosprawności. Ja to robię zawsze na początku. Jednak to bardzo indywidualna kwestia. Każdy powinien sam zdecydować, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. Chcę być traktowany jak każdy inny człowiek, a jeśli moje kompetencje są zbyt niskie, to będę się dalej starać je rozwijać, aby mieć szansę kiedyś tę pracę uzyskać.

Rozmawiała Paulina Małota